Żyję, misiaczki

Piszę tutaj, żebyście nie myśleli że mnie Covid powalił. Powalił na jakieś dwa tygodnie, ale wylizałam się bez większych problemów. Pracowanie z domu tak mi się spodobało, że już przenigdy nie chcę wrócić do biura.

Powiem wam tak – trzy tygodnie po ostatniej notce poszłam na randkę z strasznie fajnym człowiekiem i od tamtej pory żyjemy zgodnie w ogromnej szczęśliwości, której nawet pandemia nie zakłóciła.

Nadmiar wolnego czasu związany z wirusem wykorzystałam na powrócenie do dawnej pasji – rysowania. Tym razem chcę się porządnie tego nauczyć i tłukę różne kursy podstaw i dłubię sobie codziennie i jestem szczęśliwa jak świnia w błocie. Możecie sobie obejrzeć moje postępy tutaj.

Ogólnie im bardziej świat zmierza ku upadkowi, tym szczęśliwsza jestem. Od kilku miesięcy po prostu kwitnę. Śpię snem kamiennym i budzę się rześka i wesoła. Nie topię smutków w czekoladzie prawie i w ciągu ostatnich 31 dni przebiegłam 100 kilometrów.

Stosunki ze światem mam aktualnie bardzo poprawne.

Nie domagam

Trochę nie domagam znowu, więc siedzę w domu i się mi przykrzy. I tak sobie po raz kolejny przypomniałam o tym blogasku, i że by można coś napisać.

Mam nadzieję, że nie wsadzę kija w mrowisko mówiąc, że dwa tygodnie temu podjęłam wegańskie wyzwanie. Akurat aktualny kandydat tinderowy jest weganinem, więc dobry timing.

Póki co wyzwanie idzie mi raczej bezproblemowo – chyba dlatego, że bardzo lubię gotować i próbować nowych rzeczy. Z tego też powodu pewnie nie zostanę weganką na stałę, bo jest jeszcze cała masa włoskich i francuskich serów, których nie jadłam.

Tak czy inaczej będę dalej ograniczać produkty zwierzęce jak to robiłam wcześniej i będę robić nadal. Mam nadzieję, że takie dyplomatyczne ujęcie tematu zadowoli obie strony konfliktu.

Jeżeli kogoś interesują niezwykle fascynujące fotografie zawartości moich garnków, to tutaj je można znaleźć : https://www.instagram.com/kingaladeeda/ 

Oczywiście nowy kandydat tinderowy wydaje się człowiek przemiłym i prawdziwie mną zainteresowanym (wnoszę po tym, że już upiekliśmy razem ciasto), więc wiadomo że tradycyjnie chcę się od razu z teog wszystkiego wypisać. Ale obiecałam sobie, że już więcej nie będę się zachowywać jak taka dzikuska, bo jak tak dalej pójdzie to umrę w samotności, a koty zjedzą mi twarz. (Zakładając, że kiedyś bedzie mnie stać na mieszkanie samej i decydowanie odnośnie posiadania kotów, więc jest to i tak optymistyczny scenariusz).

 

 

And my head isn’t the same, it’s never enough

Czy inni dorośli ludzie też spedzają weekendy samotnie w domu?

Obiecuję sobie co tydzień, że wyjdę gdzieś, dam się namówić, będę robić rzeczy. A następnie zmyślam wymówki i siedzę w domu zagrzebana w kocach, kubkach z herbatą i książkach. Jak instagramowa jesieniara.

W dni tygodnia jak już się umyję, ubiorę, i pójdę do pracy, to czasem nawet rzutem na taśmę uda się mi też gdzieś towarzysko wyjść, ale potem jak już wrócę do tej mojej czwartej zony w suburbiach to mnie i sto koni nie wyciągnie.

Dwa tygodnie temu poszłam na jazz na żywo w sobotę. Nie to żeby zaraz do centrum gdzieś, tak okolicznie. Ale nadal wspominam ten dzielny wyczyn pełna dumy.

Jazz był też randką z chłopcem siedem lat młodszym, któremu musiała wytłumaczyć kim był John Coltrane. Teraz uważa, że jestem specjalistką od jazzu, co mnie dość rozśmiesza.

Potem łażąc po Greenwich po zmroku i pijaku, jedząc jakieś śmieciowe żarcie zakupione w off-licensie zgadało nam się na ojców i odkryliśmy, że nasi ojcowie wzięli zmarli w odstępie trzech tygodni. I akurat znajdujemy się w momencie czasowym pomiędzy tymi dwoma rocznicami. Bardzo łączace są takie przeżycia, a im bardziej skomplikowana relacja z rzeczonym ojcem, tym bardziej łączące.

Bezsenność mnie trapi przez pół tygodnia, a następnie senność przez drugie pół (zazwyczaj wspomagana przez hydroxizinę).

Polećcie jakieś wesołe książki, albo książki o zimie, ale niewesołe.

I jestem, i trwam

Kto by pomyślał, że jeszcze tu zajrzę. Ale jednak. Ci, co mnie śledzą na fejsbuniu to wiedzą, że żyję i znowu wróciłam do punktu wyjścia niejako.

Zaczęłam pisać nową powieść, i wróciłam do randkowania.

Ostatnie pięć lat mojego życia było dziwne. Rozstanie się z M., śmierć taty, antydepresanty, związanie się z toksycznym człowiekiem z masą problemów psychicznych, utrata pracy (x2). Od jakiegoś miesiąca czuję się wreszcie, jeżeli jeszcze nie w pełni szczęśliwa, to znowu jak ja.

W lipcu wywaliłam połowę odprawy z pracy na samotne wakacje w Grecji, gdzie leżałam na leżaku na plaży przez 10 dni, kazałam sobie przynosić drinki i czytałam książki cały boży dzień. Powiem wam, że niby było na świecie osoby, której bardziej by takie wakacje w tamtym momencie były potrzebne.

Chodzenie na randki kiedy człowiek ma bliżej 40 niż 30 jest zupełnie inne. Głównie dlatego, że już nikt mi nic nie wciśnie. Być może ja już sensowniej wybieram, być może faceci się trochę ogarnęli po #metoo, ale póki co proces jest raczej przyjemny. Nic poważnego się nie wykluło jeszcze, ale do śmierci mam jeszcze trochę czasu.

I dzisiaj też idę na randke na jakiś kameralny koncert jazzowy (bo w końcu to już ten wiek na takie randki).

Czytam Henry’ego Jamesa Ambasadarów, chociaż mnie ostrzegali, żeby w żadnym wypadku od tego nie zaczynać. Ale wiedziałam lepiej to teraz muszę brnąć przez ten słowotok, bo jestem uparta jak koza.

Drodzy czytelnicy

Wyobraźcie sobie, że zapomniałam zupełnie jak tu się zalogować i nie mogłam nawet zaakceptować waszych komentarzy.

Już naprawione i już mam blogaska z powrotem i będę pisać!

Jednak rozstałam się z narzeczonym zanim złożyłam podpis w urzędzie stanu cywilnego. Jest to raczej smutna historia, więc nie mówmy o tym.

Wiem, że przynajmniej dwie osoby tu czasem zaglądają, więc proszę dajcie znać, że mam dla kogo pisać.

Pewnie będzie ten blogasek trochę terapią, bo na inną mnie nie stać. (Mogłam nie rzucać narzeczonego w momencie, gdy stał się nagle bogaty, ale już trudno, może mu wyślę rachunek za terapię).

 

Wycieczki osobiste

Ciągle nie mogę tego archiwum przenieść tutaj, więc zapisuję wszystko na dysku na wszelki wypadek. Przeleciałam przez 16 lat życia i 16 lat głupot wypisywanych do wglądu dla całego świata. Zobaczyłam też pierwsze objawy depresji, która z czasem rosła na tyle, że przestałam pisać w ogóle. 2015 był istnym annus horribilis, i dopiero w 2016, już na lekach, zaczęłam się z tego wytaczać. Mi działo się coraz lepiej, a światu coraz gorzej. Taka właśnie jest ta równowaga w przyrodzie.

Spróbuję znowu pisać, chociaż po polsku pisanie idzie mi coraz gorzej.

No to jedziem

No to mam nowego błyszczącego blogaska. Archiwum cały czas się nie chce zaimportować jeszcze. Jak już mówiłam ilość debilizmów, które wypisałam przez ostatnie 15 lat musiała zepsuć system.

Chciałam wam napisać jak było w Nowym Jorku, bo nic bardziej ekscytującego mnie nie spotkało w ciągu ostatnich 12 miesięcy. (Pomijając oczywiście to że poznałam Johna i się zaręczyłam, i pomijając że opublikowałam opowiadanie w zbiorze, w którym też jest Ali Smith i inni uznani pisarze, ale POZA TYM to naprawdę nic).

Jednak w tej chwili muszę pracować, więc następnym razem.

czytam: Annie Proulx – Barkskins (wciąż. to jest bardzo długa książka)